Nawrócenie

Categories: | Author: Kamil Grzeda | Posted: 2008-03-14 | Views: 4575

     Telefon zadzwonił późnym wieczorem: "Odeszłam od Chrystusa. I teraz strasznie źle się z tym czuję...". Trzask odkładanej słuchawki. Nie wiem, czy to miał być dowcip, czy też może nie powiódł się telefoniczny eksperyment. Nigdy się już nie miałem tego dowiedzieć. Za to - przyszła mi na myśl przypowieść. Pomyślałem: "Ja to już znam. Był już taki jeden, co dla poprawy własnego samopoczucia postanowił wrócić do ojca. Niejaki Młodszy Syn, nazwany Marnotrawnym"

     Myśli biegną dalej.
     Chłopak wziął zapewne spore pieniądze od ojca i poszedł w świat. Szybko znalazło się wesołe towarzystwo. Pieniądze jednak prędko stopniały i równie błyskawicznie - grono "przyjaciół". Został sam ze swoją biedą, ze swoim głodem, który coraz bardziej dawał się we znaki. Nie było innej rady, trzeba zacząć pracować. A że nie było innego zajęcia, zaczął paść wieprze. Tyle że robota ciężka, śmierdząca i co najgorsze - mało płatna. Wtedy - błysk: "Wrócę do ojca. Pewno mnie nie przyjmie, ale przecież chyba pozwoli u siebie pracować. Co tam, jakoś przeżyję, a przynajmniej jedzenie będzie lepsze".
     Ojciec czekał na drodze.
     I to było chyba największym zdziwieniem. Bo Młodszy wcale nie traktował swego powrotu na serio; wcale nie wracał do domu, do ojca. Wracał do poczucia bezpieczeństwa, do pełnej miski, do spokojnego życia. Wracał do swego "lepszego samopoczucia". A ojciec wszystko zepsuł. Czekał na drodze! Po co? Od kiedy? Gdyby był zły, gdyby krzyczał, robił wyrzuty, nie chciał widzieć, gdyby wygonił do obory, dał jakiś ochłap do jedzenia - to byłoby najlepsze. Wtedy można by było powiedzieć: "To taki z ciebie ojciec? Własnym dzieckiem poniewierasz?". I, oczywiście, po jakim takim dojściu do siebie, można by było znów ruszyć w drogę. Tym razem w chwale męczennika pokrzywdzonego przez własnego ojca.
     A tu - nic z tego! Ojciec wyszedł na drogę. I czekał. I jeszcze płaszcz kazał przynieść. I sandały na nogi. I pierścień. I - "synu" - powiedział - "wróciłeś, dobrze, że jesteś".
     Wszystko było nie tak. Bo samopoczucie, które się miało Młodszemu polepszyć, od razu się mu pogorszyło. Poczuł się taki mały, byle jaki, a jednocześnie było mu dobrze. Radośnie. Wszystko mu śpiewało. Tylko za żadne skarby by się do tego nie przyznał.
     Poszedł z ojcem do domu.
     Starszy wrócił z pola. I zaczęła się awantura. Ale ojciec nie krzyczał, nie wygrażał, nie straszył. Jakoś tak spokojnie, miękko tłumaczył. Starszy się bardzo denerwował: "To ten tu najpierw pieniądze przehulał, a teraz łaskawie wrócił i od razu uczty powitalne! Za moją krwawicę!". Ale ojciec milczał. Uśmiechał się tylko leciutko. Miał ich obu - znowu razem. W domu. Błysnął cień szansy - może tym razem się uda. Może zostaną obaj. Może zrozumieją, że on ich obu naprawdę kocha. Może wreszcie i oni nauczą się - kochać. Może wreszcie się wyleczą.

ks. Janusz Giera

Bookmark and Share

Return to previous page
   Copyright 2007-2009 by Parafia Pruślin